Mało kto pamięta, jak to było w szkole. Ale oczywistym było założenie, że nauczyciel jest autorytetem, źródłem wiedzy i osobą mającą władzę nad klasą. Jasne również było to, jak wygląda lekcja. Pan czy pani mówili co mamy robić, na której stronie otworzyć książkę i jaką notatkę zrobić. Nie pamiętam ani jednej lekcji w szkole podstawowej, podczas której ktoś zapytałby nas, czego i jak chcemy się uczyć. Nie pamiętam dialogu. Zawsze byliśmy w pozycji odbiorów bezrefleksyjnie pochłaniających wiedzę. Nie mówiąc już o rozmowie o przydatności w życiu codziennym tej wiedzy. Było nudno, co tu dużo mówić.

Do nauki potrzebne są emocje, które się pojawiają w momencie zaangażowania, kiedy coś nas interesuje, coś nas wciągnie. Bez emocji nie ma mowy o uczeniu się. Bez emocji możemy co najwyżej przyswoić wiedzę, ale ta szybko wyparuje z głowy, jeśli nie wykorzystamy jej w dalszym uczeniu się i doświadczaniu. Warto pamiętać, że pozytywne emocje pojawiają się również, kiedy nasze potrzeby są zaspokajane. Potrzeba poczucia wpływu, bezpieczeństwa czy bycia wziętym pod uwagę to tylko kilka z nich. Uczeń zestresowany, w klasie z dominującym nauczycielem, uczący się tego, w czym jest kiepski, z pewnością nie będzie się efektywnie uczył.

W procesie uczeni ważny jest też wybór. Oczywiście, że w dzisiejszej szkole powszechnej uczniowie nie wybierają sobie przedmiotów i nauczycieli (jeszcze), ale przecież samo ustalenie zasad współpracy z nauczycielem na początku roku jest traktowaniem partnerskim, gdzie klasa ma wybór i prawo do głosu. A uczenie młodych ludzi tego, że ich głos jest ważny to pierwszy krok na drodze do życia w społeczeństwie obywatelskim, ale przede wszystkim na drodze ku dorosłości.